Główna » Proza, WSZYSTKIE WPISY

UTWÓR KRZYSZTOFA KOCHAŃSKIEGO – LAUREATA III MIEJSCA W III EDYCJI OGÓLNOPOLSKIEGO TURNIEJU TWÓRCZOŚCI SATYRYCZNEJ IM. ALEKSANDRA HRABIEGO FREDRY

Autor: admin dnia 29 Maj 2013 Brak komentarzy

Portal Migielicz.pl przedstawia Państwu utwór Krzysztofa Kochańskiego pt. “TOYOTA COROLLA”, za który otrzymał on III miejsce w III edycji Ogólnopolskiego Turnieju Twórczości Satyrycznej im. Aleksandra Fredry 2013 w kategorii FREDROZA (proza).

KRZYSZTOF KOCHAŃSKI

TOYOTA COROLLA

Nazywała się Toyota Corolla.

- Myślę, że Toyota to nazwisko, a Corolla imię – powiedział Aleksander Krasucki. – Jak sądzisz, Basiu?

Ścisnął mocniej kierownicę, gdyż zbliżali się do skrzyżowania. Nie licząc jazdy próbnej, była to pierwsza przejażdżka nowym samochodem.

- Karolina – odparła jego żona, zapalając papierosa. – Bardzo ładne imię.

- Prawda?

Zatrzymali się na czerwonym świetle.

- Może nie powinniśmy palić – odezwał się Aleksander.

- Co?

- No wiesz, w samochodzie. Tapicerka nasiąknie dymem i w ogóle.

- Nigdy się tym nie przejmowałeś?

- Nigdy nie miałem Corolli… – Słowa Aleksandra zagłuszył ryk, dobiegający gdzieś z tyłu. Nie dźwięk klaksonu, lecz ryk właśnie. Niczym z dziewiętnastowiecznego parowca. A potem coś stuknęło głucho, szarpnęło ich w pasach.

- Jezus Maria! – Blady jak ściana Aleksander wyskoczył z Toyoty.

TIR był wielki jak dom. Pięć par kół z każdej strony, gdzieś wysoko w kabinie uśmiechnięty głupkowato kierowca. Zderzak TIRA wciąż miażdżył Corollę.

- Jak… – zachłysnął się krzykiem Aleksander. Dalsze jego słowa zagłuszył ponowny gwizd parowca. TIR cofnął się o kilka metrów, potem znów ruszył. Kiedy ich mijał, przed oczami małżonków przesunął się napis “FLAIR-MEBLE”, właściciela firmy, i było po wszystkim. Odjechał.

- Numer – wykrztusił Aleksander. – Zapisz numer rejestracyjny!

Barbara oglądała uważnie tył Toyoty. – Nic wielkiego się nie stało. Blacha wytrzymała.

- Nic? – Jej małżonek wyciągnął oskarżycielsko palec, wskazując na zarysowanie ponad zderzakiem. TIR miał zdecydowanie wyższe podwozie. – To jest nic?! – Z wyrzutem patrzył na żonę. Nie mieściło mu się w głowie, jak można być tak nieczułym.

* * *

- Widziałeś kiedyś coś takiego?

Aleksander Krasucki i jego sąsiad Paweł, mechanik, właściciel warsztatu samochodowego, siedzieli w garażowym kanale i oglądali podwozie Toyoty.

Paweł jeszcze raz oświetlił dziwne wybrzuszenie, powstałe w miejscu mocowania rury wydechowej.

- Nie mam pojęcia, co to takiego – powiedział. – Powinieneś podjechać do serwisu dealera.

- Ale jakie jest twoje zdanie? – nalegał Aleksander.

- Wygląda mi  na fabryczną wadę. Nie wyobrażam sobie uderzenia, które mogłoby w taki sposób odkształcić podwozie.

- Jak ją kupowałem, nie było tego. Przysięgam.

Mechanik wzruszył ramionami.

- Idź do dealera – powtórzył. – Jeśli to wada fabryczna, wymienią ci na nowy wóz i po sprawie.

- Nie chcę nowego.

Paweł spojrzał zaskoczony: – To ci naprawią. Skoro znasz sprawcę, kosztami nie musisz się przejmować.

- Sprawca! – Aleksander zatrząsł się ze złości. – Firma meblowa “FLAIR”. To na obrzeżach miasta. Znalazłem tego TIR-a. Skubaniec wyglądał na bardzo z siebie zadowolonego.

- O! – zmartwił się Paweł. – W takim razie może być problem. Minęło trochę czasu i jeśli kierowca nie przyzna się, że…

- Co mi tam kierowca! Ja mówię o tym ciężarowym bydlaku! Śmiał mi się w oczy, kiedy odchodziłem.

- TIR się śmiał?

- No przecież mówię! Myślałem, że szlag trafi mnie na miejscu!

Skonsternowany Paweł zagaił ostrożnie: – A kierowca?

- Co ty znowu z tym kierowcą?

- Wydaje mi się, że to jego przede wszystkim powinieneś odnaleźć.

Krasucki patrzył przed siebie. Jakby Paweł, garaż, cały świat, byli przezroczystym, wirtualnym tworem. Wzruszył ramionami.

- A co mnie obchodzi jakiś kierowca?

*  *  *

Wieczorem nie mógł zasnąć. Zszedł do garażu. Otworzył szeroko lufcik. Czule pogłaskał Toyotę.

- Powinnaś mieć świeże powietrze.

Wciąż męczyła go myśl o bestii, która zraniła jego Corollę. Zajrzał pod podwozie. Nagle zastygł w zdziwieniu.

- Niemożliwe!

Poszukał latarki. Oświetlił kanał. O pomyłce nie mogło być mowy. Tajemnicze wybrzuszenie zniknęło, jakby nigdy go tam nie było. Wtedy coś go tknęło. Cichy szmer w kącie zdawał się potwierdzać najgorsze przeczucia.

- Boże! Nie!

Znalazł go przytulonego do prawej przedniej felgi.

Bękart!

Był niewiele większy od dłoni. Dziesięć maluteńkich opon, przypominających guziki, połyskiwało nowiutkim, mikroskopijnym bieżnikiem. Z trudem odcyfrował literki na nadwoziu.

“FLAIR-MEBLE”.

Minęła kilka minut, nim Aleksander Krasucki ochłonął. Teraz był spokojny. Nad wyraz. I zdecydowany. Wyjął z szafy kanister z benzyną, upewnił się, że jest pełny, a potem sprawdził czy zapalniczka działa bez zarzutu. Wychodząc, chwycił z wieszaka pewne ostre narzędzie.

Siekiera!

To na wypadek, gdyby gwałciciel próbował się bronić.

Kierował się w pewne miejsce na obrzeżach miasta. Nie zamierzał czekać, aż sprawiedliwość przyjdzie sama.

Digg this!Dodaj do del.icio.us!Stumble this!Dodaj do Techorati!Share on Facebook!Seed Newsvine!Reddit!Dodaj do Yahoo!

Komentowanie wyłączone.